Pyk. W głowie przeskakuje pstryczek elektryczek. Wystarczy chwila i umysł zaczyna rejestrować dźwięki poranka. Pierwsza sprawa to szum ruchu ulicznego. No chyba, ze jest stanowczo za wcześnie na samochodowe eskapady. Wtedy słyszę świergolenie miejskiego ptactwa. Pani z placu krzyczy cos o truskawkach w dobrej cenie, a dwóch sąsiadów z naprzeciwka obmyśla sprytny plan naprawy ogrodzenia.
.
Nie lubię otwierać oczu. Smakuję resztkę snu, po którym pozostaje tylko smuga gdzieś w tylniej części mózgu. Uwielbiam tak pływać na granicy totalnego nic niezrobienia, stanu zwolnienia od obowiązków, jakim powinien być sen, a kolejnym dniem, który wymaga ode mnie mobilizacji i chęci działania.
.
I właśnie ten stan, ta chwila, to ja. Bez zbędnego kombinowania, obmyślania, szukania, analizy. Kwintesencja mojego – teraz. Budzę się i czuje szczęście. Zaszyte gdzieś pod poduszką, wijące się wraz z orchideą, pachnące armanim, bijące w zieleni mojego tshirtu. Jest jeszcze radosna tęsknota. Zniecierpliwienie i ekscytacja. Fizycznie nienamacalna obecność która spowija mnie z każdej strony, dając poczucie bezpieczeństwa i tej cholernej radości. A później budzi się ciekawość, która każe otworzyć oczy…
.
Dzień dobry.
.
.
.
„wpuść mnie na wieki, pod powieki twoje”
.
.
.
.
.
.



Najnowsze komentarze